www.protestanci.org
rozmiar: 8553 bajtów
 o nas
 historia serwisu
 współpracuj z nami
dodaj do ulubionych
ustaw jako startową
najważniejsze przesłanie
buziaczek!
serwis teologiczny
  .:strona główna
  .:kontakt

 .:serwisy

  .:audio
  .:czytelnia
  .:naZawsze.org
  .:teologia
  .:pastor
  .:katalog stron
  .:kurs biblijny
  .:forum rodziny
  .:forum dyskusyjne

 .:protestanci.org

  .:o nas
  .:historia serwisu
  .:współpraca



.:Przemysław Gola: "Algorytm misji."

Jan. 16:7-8:
7. Lecz Ja wam mówię prawdę: Lepiej dla was, żebym Ja odszedł. Bo jeśli nie odejdę, Pocieszyciel do was nie przyjdzie, jeśli zaś odejdę, poślę go do was. 8. A On, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu i o sprawiedliwości, i o sądzie; (BW)

Kultura zachodnia jest nastawiona na zdobywanie. Lubimy wierzyć w to, że wszystko spoczywa w naszych rękach i mamy istotny wpływ na życie wokół nas. Pokusa, aby tak uważać nie jest też obca liderom kościoła. Ja sam przyłapuję się na tym, że zaczynam czasem pokładać nadzieję we własnych siłach. Powyższy fragment Biblijny wyprowadza nas z tego błędu. Jasno z niego wynika, że człowiek nie jest w stanie nic uczynić, co mogłoby się przyczynić do rozwoju Kościoła Bożego na świecie.

Czy jednak ten fakt zwalnia nas od odpowiedzialności za przygotowywanie i prowadzenie efektywnych akcji ewangelizacyjnych? Czy możemy założyć ciepłe bambosze i usiąść przy kominku sądząc, że całe zadanie wykona za nas Duch Święty? Bóg jeden tylko wie, jaka jest nasza rola przy głoszeniu ewangelii, a próba wyznaczenia ostrej granicy między Bożą Opatrznością a zakresem odpowiedzialności człowieka zawsze spełzała i zawsze już będzie spełzać na niczym. Jedno jest pewne: Bóg nałożył na nas obowiązek ewangelizacji świata i musimy się liczyć z tym, że zostaniemy rozliczeni z tego, jak ten nakaz wypełnialiśmy. Czy będziemy mogli stanąć na Sądzie Bożym i powiedzieć, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, aby nasza Jerozolima poznała ewangelię, czy też ze wstydem będziemy musieli przyznać, że przespaliśmy nasze pięć minut.

Mam uzasadnione obawy, że znaczna część chrześcijan przespała więcej niż tylko pięć minut. W mojej pracy postaram się wykazać, jakie są główne powody tego kryzysu. Dlaczego grupa kilkunastu osób w I wieku naszej ery prawie zawojowała świat, a jej posłannictwo spotkało się z przychylnym przyjęciem wielu tysięcy osób, natomiast współcześnie ogromne zbory chrześcijańskie nie są w stanie dotrzeć do ludzi prawie w ogóle... Aż wreszcie, czy jest jakiś sposób na to, aby tę marną sytuacje poprawić? Zobaczmy.

1. Kryzys przywództwa.

W małej miejscowości, którą zamieszkuję jest tylko kilka sklepów spożywczych. Jak to zwykle bywa w małomiasteczkowych sklepach, ich wygląd nie jest zbyt atrakcyjny, a asortyment bardzo ubogi. Jednak jest coś, co łączy te wszystkie sklepy, a zarazem sprawia, że nawet mieszkaniec Londynu poczułby się w nich swojsko. Tą rzeczą jest wielka, czerwona lodówka, która została tam ustawiona przez koncern Coca-cola. Niezwykle smutne jest, że świecka firma w ciągu jednego pokolenia wyznaczyła sobie cel, opracowała staranny plan, aż w końcu zrealizowała go. Inteligentni przywódcy wiedzieli dokładnie, czego chcą, a co moim zdaniem najważniejsze, posiedli umiejętność opracowywania algorytmu, według którego postępując można ten cel osiągnąć.

Przyjrzyjmy się teraz naszym kościołom. Widzę tutaj co najmniej dwa problemy. Pierwszym z nich jest to, że nasi przywódcy nie bardzo określili swoje cele. Życie kościoła jest wprawdzie wypełnione mówieniem o Wielkim Posłannictwie, jednakże jesteśmy dalecy od wypełnienia tegoż posłannictwa. Otóż moim zdaniem zbyt dużo mówimy o celu ostatecznym, a za mało o celach jednostkowych, dzięki którym ten ostateczny cel mógłby być zrealizowany. Aby wyjaśnić to zagadnienie podam przykład uczenia się języków obcych. Otóż nie wystarczy tylko deklarować, że chcemy się świetnie nauczyć języków obcych. Jest to zasada wszystkiego, jednakże myśl o tak nieokreślonym celu, jak doskonała znajomość języka obcego może nas przygniatać i w końcu pozostaniemy na etapie myślenia o czymś bardzo odległym. Aby zatem móc zrealizować ten odległy cel, musimy wyznaczyć sobie cele pośrednie, jak na przykład zakup podręczników, zapisanie się do szkoły językowej, wygospodarowanie czasu na naukę każdego dnia itd. To jest właśnie ten algorytm, dzięki któremu możemy osiągać nawet bardzo odległe cele.

Przełóżmy ten przykład na życie naszego kościoła. Nie wystarczy mówić, że naszym celem jest tylko i wyłącznie krzewienie Bożego przesłania na świecie, gdyż jest to zbyt abstrakcyjne i w rezultacie prowadzi do bezczynności. Aby rzeczywiście doprowadzić do realizacji tego wielkiego zamierzenia, należy ułożyć, podobnie jak w przypadku nauki języka obcego, algorytm działania. Rozważmy to na konkretnym przykładzie, np. Wrocławia. W pierwszej kolejności należy przeanalizować sytuacje. Jeśli znam życie, to mogę śmiało powiedzieć, że we Wrocławiu istnieje kilka, może kilkanaście wspólnot ewangelicznych, które swoje działanie ograniczają do wręczania ulotek na ulicy i rozklejania plakatów. Efekt tego jest taki, że prawie nikt we Wrocławiu do tej pory nie miał okazji usłyszeć ewangelii, natomiast największe spośród tychże wspólnot szczycą się kilkusetosobowym stanem liczebnym. Następny krok to pokuta, że mając odpowiednią ilość osób i środków finansowych nie ogłosiliśmy ewangelii każdemu w naszym mieście. Kiedy już podniesiemy się z klęcznika czas na jasne, precyzyjne określenie celów. Np. do końca roku 2008 dotrzemy do każdej rodziny w mieście z przesłaniem ewangelii. Teraz przychodzi kolej na rozpisanie planu szczegółowego, który obejmuje środki finansowe, sposoby ich pozyskania, podział funkcji, metody działania. Wszystko to powinno być wyłuszczone dokładnie i jak ognia powinniśmy unikać ogólników.

Z przykrością muszę stwierdzić, że takie myślenie jest obce naszym lokalnym społecznościom. Zadowalamy się trwaniem i pustosłowiem w formułowaniu naszych wytycznych. Więcej czasu schodzi nam na ustalaniu składu osobowego rady zboru niż na realizowaniu Wielkiego Posłannictwa. Jedynym sensownym rozwiązaniem, jakie przychodzi mi w tej chwili na myśl jest organizowanie szkoleń i konferencji, na których ten problem byłby omawiany szeroko.

Drugi aspekt kryzysu przywództwa to brak osób, które mogłyby swoim życiem imponować młodszym chrześcijanom. Mam na myśli tak zwane radykalne uczniostwo, które tak rzadko jest spotykane w dobie normalnego funkcjonowania kościoła. Żalimy się na letniość w naszych społecznościach, zapominając wszak, że ryba psuje się od głowy, i że chrześcijanin, który może zapoznać ze wspaniałymi przykładami życia swoich braci jedynie z literatury dostępnej w zborowej księgarni, raczej na pewno nie zapragnie takiego życia dla siebie. A zatem rola męża Bożego, który może imponować swoim życiem, jest nie do ocenienia. Spotkanie na swojej drodze takiego człowieka może poskutkować wspaniałymi owocami w życiu dojrzewającego chrześcijanina. Oczywiście nie mam recepty na rozwiązanie tego problemu. Chyba możemy się jedynie modlić, aby Bóg powoływał nam takich ludzi w naszych społecznościach.

2. Kryzys uczniostwa.

Mówienie o letniości naszego chrześcijaństwa może zostać słusznie potraktowane jako prawienie truizmów, natomiast rwanie sobie włosów z głowy z tego powodu jako niepoprawne moralizatorstwo. Nie mniej jednak taki problem jest zauważalny. Początek zawsze jest taki sam: niezłomny reformator nie mogąc ścierpieć zmurszałych struktur tradycyjnego kościoła, postanawia założyć nową sektę, która w jego mniemaniu będzie dożywotnio wolna od tego rodzaju zepsucia. I rzeczywiście, szybko udaje mu się porwać jakąś grupę ludzi, która wykazuje dość znaczną gorliwość.

Następnie reformator umiera a po nim nadchodzi kolejne pokolenie: pokolenie osób, które po prostu chcą mieć jakąś religię i jakiś kościół, w którym mogliby ochrzcić swoje dzieci, wziąć ślub, poświęcić jajka, czy coś takiego. Oczywiście, jeśli chodzi o społeczności ewangeliczne dość znaczny procent wiernych potrafi wyjaśnić, że zbawienie mamy z wiary, a nie z uczynków, więc przyjmuje się, że są to kościoły bardziej radykalne. Radykalizm ten bardzo ładnie potem widać przy organizowaniu jakichś akcji ewangelizacyjnych, gdzie osób gotowych poświęcić swój czas i pieniądze jest bardzo niewiele. Ten stan rzeczy zaczyna drażnić kolejnego reformatora i dzięki temu powstaje kolejna sekta.

Bóg w swojej mądrości przewidział wszystko. Również zabezpieczył nas przed letniością naszych zborów. Takim zaworem bezpieczeństwa jest instytucja napominania i wyłączenia. Dopóki na wzór wesley'owski nie zaczniemy z niej obficie korzystać, nie może być mowy o poprawie status quo, chyba że nadejdą wcześniej jakieś prześladowania kościoła, które tenże kościół oczyszczą. W obliczu tego, że pierwsi chrześcijanie byli gotowi kłaść swoje życie za ewangelię i dobrowolnie wystawiali się na straszne męki, nie może być mowy o takich zjawiskach w kościele, jak np. spóźnianie się na nabożeństwa albo zajęcia w seminarium teologicznym, palenie tytoniu, narzekaniu na władze państwowe itp. Dzięki takim zabiegom po pewnym czasie może dojść do zmniejszenia się zjawiska interesownych nawróceń i letniego chrześcijaństwa.

3. Kryzys modlitwy.

Jak napisałem na początku, w naszej kulturze lubimy pokładać nadzieje w nas samych. To często w przypadku kościoła może skutkować tym, że przywódcy skupiają coraz większą uwagę na metodzie pozyskiwania nowych członków swoich kościołów, zapominając o tym, że zbór powstaje tam, gdzie pozwala na to łaska Boża. Rezultat takiej mentalności może być taki, ze robimy dużo dla Boga, ale niestety bez Boga.

To odłączenie od Bożej mądrości poskutkuje pewnie podejmowaniem mało trafnych działań, które pozostawią po sobie jedynie wiele rozczarowań. I przeciwnie, trwanie w modlitwie jest źródłem niezmąconej relacji z Bogiem i sprawia tym samym, że Bóg wlewa w nasze serca Jego plany i pobudza nas do działań zgodnych z Jego wolą. Taki Boży mąż, który wykształcił w sobie tę zdolność trwania w modlitwie może w pełni zacząć realizować Boży plan zbawienia świata.


Kościół jest instytucją, która tak na prawdę nie ma racji bytu. Nieudolni przywódcy, ciągłe afery i skandale, nieustanne rozłamy i trwanie w straszliwych grzechach. Gdyby poddać kościół takiej analizie, jakiej poddaje się czasem świeckie firmy, to zapewne diagnoza zapowiadałaby rychłe bankructwo i koniec jego egzystencji. Pomimo tego kościół trwa już dwa tysiące lat, mało tego, mamy tę pewność, że nic nie jest w stanie przeszkodzić jego rozwojowi, nawet my sami. "Zbuduję kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go"- powiedział nam Jezus Chrystus, i tym pragnę zakończyć swoje rozważanie.

© Protestanci.org