www.protestanci.org
rozmiar: 8553 bajtów
 o nas
 historia serwisu
 współpracuj z nami
dodaj do ulubionych
ustaw jako startową
najważniejsze przesłanie
buziaczek!
serwis teologiczny
  .:strona główna
  .:kontakt

 .:serwisy

  .:audio
  .:czytelnia
  .:naZawsze.org
  .:teologia
  .:pastor
  .:katalog stron
  .:kurs biblijny
  .:forum rodziny
  .:forum dyskusyjne

 .:protestanci.org

  .:o nas
  .:historia serwisu
  .:współpraca



.:Przemysław Gola: "Panie zmiłuj się nad nami."

Przechodząc niedawno koło świątyni katolickiej, mogłem usłyszeć nawoływanie przewodniczącego ceremonii: “Panie, zmiłuj się nad nami!” Pozostali wierni wtórowali mu: “Chryste, zmiłuj się nad nami!” Jakże trafny byłby to apel, gdyby padł on z ust polskich protestantów.

Ideałem reformacji była odnowa chrześcijaństwa, powrót do czystej jego postaci. W obliczu zmurszałych struktur, zepsucia moralnego i doktrynalnego stawali raz po raz wierni Bogu ludzie i postanawiali rozpocząć wszystko od nowa. Te wybitne jednostki faktycznie wnosiły dużo do reformowanych przez siebie społeczności, ale radość z postępów nigdy nie trwała zbyt długo. Wraz z ich odejściem, struktury które udało im się stworzyć bądź upadały, bądź “stan ich końcowy był gorszy niż początkowy.”

Należy postawić sobie pytanie, czy patrząc na protestantyzm z perspektywy pięciu stuleci, można poczuć dumę w sercu, że trud reformacji przyniósł pożądany efekt. A może owocem starań mężów Bożych występujących w obronie chrześcijaństwa jest jeszcze większy zamęt i zepsucie niż ten, który był przyczyną podjętych przez nich działań?

Pragnę zatem w swoim krótkim artykule dokonać pobieżnej oceny polskiego protestantyzmu, zwłaszcza jego anabaptystycznych proweniencji, jako najbliżych mojemu sercu. A więc do rzeczy: jaki jest omawiany przeze mnie nurt chrześcijaństwa i jaka czeka go przyszłość?

Statystyki, statystyki...
Z każdym rokiem aktywnych członków kościołów protestanckich typu ewangelikalnego ubywa. Nie jest to ubytek skokowy, ale bardzo systematyczny i, jeżeli będzie się utrzymywał, doprowadzi do całkowitego wyludnienia. Zbory, aby ukryć ten haniebny fakt, dwoją się i troją, już to wliczjąc w poczet swoich członków sympatyków kościoła, już to nie skreślając z listy osób, które choć by od lat nie biorą udziału w życiu zboru. A i statut “sympatyka” jest rozmaicie rozumiany. Dla jednych jest to człowiek, który stale uczestniczy w nabożeństwach, można powiedzieć, że lada dzień przystąpi do chrztu świętego, dla innych zaś może to być osoba, która pojawiła się przypadkowo na “środowym nabożeństwie” myląc osiedlowy sklep spożywczy z kaplicą kościoła.

Jakież inne wyjście? Jest nas w chwili obecnej mniej niż 25 000, wliczając w to wszystkie proweniencje ewangelikalne. Największy, Kościół Zielonoświątkowy w RP, liczy sobie około 11 tys. członków, podając przy tym liczbę ponad 20 tys. wiernych (stosując wspomniany przeze mnie zabieg wliczania sympatyków). Dziwni są to jednak sympatycy, bo “na chłopski rozum”, jeżeli w roku 2000 jest w kościele około 5 tys. sympatyków, to w roku kolejnym powinno być przynajmniej o 4 tys. członków więcej. Tymczasem członków ubywa i ubywa, i nikt nie wie, jak temu zaradzić.

Członków ubywa, kościołów i zborów przybywa! Nie, to nie jest żart. W chwili obecnej mamy ponad sto zarejestrowanych związków wyznaniowych w Polsce, z czego lwia część to tzw. “kościoły pełnej ewangelii.” Większość z nich powstała z powodu konflików personalnych. Zbór liczący sobie trzydzieści osób nie mógł uzgodnić wspólnej wizji działania i część grupy podjęła decyzję o “usamodzielnieniu się.”

Proceder ten chyba na stałe wpisał się w krajobraz polskiego protestantyzmu, mianowicie chodzi mi o rozsiane po całym kraju zbory, których liczebność nie przekracza trzydziestu osób; zbory zwykle słabe duchowo, skłócone wewnętrzenie, bez wykwalifikowanej kadry, zarządzane przez hydraulików i elektryków, którzy swoje niepowodzenia osobiste rekompensują sobie piastowaniem funkcji w lokalnym zborze. Nic dziwnego, że ugrupowania takie stają się źródłem patologii i bardzo negatywnie oddziałują na wrażliwe jednostki, które częstokroć mając na swym życiowym koncie traumatyczne przeżycia, szukają pomocy duchowej wśród protestantów.

Zbór taki skupia osoby rozmiłowane w patologii i skutecznie odstrasza każdy zdrowy pierwiastek, który mógłby odmienić oblicze społeczności.

Ziarno padło między ciernie?
Skąd bierze się ten jakże popularny model polskiego zboru? Wynika on ze źle prowadzonego katechumenatu i zbyt niskich kryteriów stosowanych przy wyborze liderów. W dużych bowiem zborach pole manewru jest ogromne, natomiast w małych zborach prowincjonalnych kościół staje w obliczu dylematu: zakończyć działalność grupy albo pozwolić na przewodzenie w niej osobie, która nie spełnia nawet fundamentalnych wymogów Pisma Świętego. I tak osoba na przykład dwukrotnie rozwiedziona, o dość nieprzyjemnej powierzchowności, której życie osobiste jest totalną ruiną, zostaje najpierw liderem “grupy domowej” a następnie przewodniczącym placówki misyjnej. A ponieważ dąży ona do jak najszybszego usamodzelnienia placówki, już wkrótce powstaje 12-osobowy zbór “pełnej ewangelii.”

Jaki jest ten zbór? O, biada każdemu, kto do niego trafi. Złe drzewo, choć by nie wiem jak się starało, nie wyda dobrego owocu. Najgorsze jest jednak to, że nikt nie zna sposobu na rozwiązanie tego węzła gordyjskiego. Należałoby bowiem rozpocząć procę misyjną od podstaw, zapewniając zdrowe warunki wzrostu, ale to przecież nie jest możliwe na tak dużą skalę.

Kazanie nasze nie kryje w sobie podstępu.
Oczywistą rzeczą jest, że głoszenie ewangelii przez kościoły o naszkicowanej przez mnie strukturze jest skazane na niepowodzenie. Pomijając fakt, że zwykle przedsięwzięcia ewangelizacyjne podejmowane są z niskich pobudek, najczęściej jest to pragnienie zyskania sobie popularności dzięki byciu liderem dużego zboru, należy jasno powiedzieć, że organizowanie kolejnych akcji na nic się nie zda, ze względu właśnie na cielesność polskich zborów.

Zbory zaś, zniechęcone mizernymi efektami swoich poczynań, obmyślają coraz to nowe metody werbunku. Popularny ostatnio staje się sposób ukrywania faktycznej przynależności konfesyjnej organizatorów imprezy. Bierze się to z przekonania, że u źródeł wszelkich niepowodzeń na gruncie ewangelizacji stoi niechęć polskiego społeczeństwa do innowierców. Wniosek stąd płynie taki, że należy “głosić chrystusa, a nie głosić kościoła”, innymi słowy zataić przed potencjalnymi uczestnikami faktyczną tożsamość organizatorów.

Głupcy, nie dość że nie wiedzą, że ich porażki wynikają z cielesności, a nie z niechęci społeczeństwa do protestantyzmu, to jeszcze przepełniają czarę nieprawości poprzez oszustwo.

Ewangelia jest czymś na wskroś atrakcyjnym. Nie jest to bubel, który należałoby wcisnąć komuś opakowawszy go ładnie. Nie potrzeba nam gadżetów, tandetnych kursów angielskiego, imprez, których uczestnicy dopiero na trzecim albo czwartym spotkaniu dowiadują się, kto jest ich organizatorem.

Brzydzę się oszustwem, przy pozyskiwaniu ludzi dla ewanglii. Każdy ma prawo zapoznać się z ofertą Dobrej Nowiny, i podjąć niczym niewymuszoną decyzję.

Ryba psuje się od głowy.
Andrzej Seweryn (Prezbiter Naczelny Kościoła Chrześcijan Baptystów), w odpowiedzi na pytanie redaktora miesięcznika Słowo Prawdy, mówi: “[..] Przed XXIX Krajową Konferencją Kościoła w 1999 roku zgodziłem się co prawda kandydować do Rady Kościoła, ale nie wyraziłem zgody na kandydowanie na urząd Prezbitera Kościoła. Uczyniłem to dopiero wtedy, gdy żaden z nowo wybranych członków RK nie zgodził się kandydować na ten urząd. Delegaci ostatniej Krajowej Konferencji Kościoła powierzyli mi tę zaszczytną, ale i bardzo odpowiedzialną służbę, nie wymagając ode mnie przedstawienia mojej wizji, oczekiwań czy zamierzeń. Do dziś nie wiem, czy był to wyraz votum zaufania do mojej osoby, czy też niedopatrzenie Prezydium Konferencji (SP 9/2004).”

Powyższa wypowiedź to bardzo zasmucający tren, ale zarazem pieśń, która niebawem stanie się hymnem naszych denominacji. Aczkolwiek należy być wyrozumiałym dla brata Seweryna, to jednak trzeba wyrazić pogląd, że skandal, jaki wydarzył się na XXIX KKK, skłania do zadumy nad sensownością istnienia takich instytucji, jak na przykład Rada Kościoła. Może należałoby raczej rozwiązać denominację, usamodzielniając jej zbory?

A teraz przejdźmy do pytania o uposażenie przywódców naszych kościołów. Nie chodzi tylko o członków organów naczelnych, ale rownież o pastorów zborów o populacji powyżej 200 osób. Z przykrością zawiadamiam, że bycie pastorem to sposób na wygodne życie: nienormowany czas pracy, wysokie zarobki, żona nie pracująca zawodowo, dzieci studiujące na zagranicznych uczelniach teologicznych, samochód dobrej marki, itd. Co uprawnia braci, do życia na poziomie menagera dużego przesiębiorstwa komercyjnego? W moim odczuciu bowiem dyrektor bankrutującej firmy powinien chodzić w dziurawych butach, a nie jeździć luksusowym samochodem.

Panie, zmiłuj się nad nami...
Co zatem powinien uczynić świeżo upieczony absolwent seminarium teologicznego, zważywszy że wymieniłem tylko niewielką część bolączek naszych kościołów? Czy zakasać rękawy? Rozpocząć nową reformację? A może uklęknąć i zawołać: “Panie, zmiłuj się nad nami!”

© Protestanci.org