|
|
.:Arkadiusz Białoń: "Cena uczniostwa."
Łatwa i tania ewangelia nie niesie poselstwa o krzyżu, o pokucie i upamiętaniu, nie niesie poselstwa o pokorze i o Bożej Świętości. Mówi: tylko przyjdź. Wyznaj Jezusa jako Zbawiciela i bierz co chcesz. Bóg ma dla ciebie wiele. Łatwa ewangelia roztacza przed człowiekiem obraz tych wszystkich błogosławieństw, które Bóg chce na niego zlać. Jest ona na tyle trudna do rozpoznania, że mówi o rzeczach, które On rzeczywiście ma dla Kościoła, i które chce mu dawać. Jednak ta ewangelia jest z gruntu fałszywa, ponieważ nie daje właściwego fundamentu, nie daje właściwego początku, nie przynosi pokuty i rozpoczęcia nowego życia z Bogiem.
CENA UCZNIOSTWA
Ewangelia Łukasza 14. 25-35.
„A szły z nim liczne tłumy i obróciwszy się, rzekł do nich: Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści ojca swego i matki i żony i dzieci i braci i sióstr, a nawet i życia swego, nie może być uczniem moim. Kto nie dźwiga krzyża swojego, a idzie za mną, nie może być uczniem moim. Któż bowiem z was chcąc zbudować wieżę , nie usiądzie najpierw i nie obliczy kosztów, czy ma na wykończenie? Aby gdy już położy fundament, a nie może dokończyć, wszyscy, którzy by to widzieli, nie zaczęli naśmiewać się z niego, mówiąc: Ten człowiek zaczął budować, a nie mógł dokończyć. Albo, który król, wyruszając na wojnę z drugim królem, nie siądzie najpierw i nie naradzi się, czy będzie w stanie w dziesięć tysięcy zmierzyć się z tym, który z dwudziestoma tysiącami wyrusza przeciwko niemu? Jeśli zaś nie, to gdy tamten jeszcze jest daleko, wysyła poselstwo i zapytuje o warunki pokoju. Tak więc każdy z was, który się nie wyrzeknie wszystkiego, co ma, nie może być uczniem moim. Dobrą rzeczą jest sól; jeśli jednak sól zwietrzeje, czym ją przyprawić? Nie nadaje się ani do ziemi, ani do nawozu; precz ją wyrzucają. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha.”
Kiedy czytałem to słowo, Bóg bardzo poruszył moje serce. Zobaczyłem jak wiele brakuje mi do życia zgodnie z tym co Jezus określił jako naśladowanie Go i uczniostwo.
Dwudziesty piąty wiersz mówi o tym, że szły za Jezusem liczne tłumy. Za Jezusem szedł nie tłum, ale liczne tłumy; lecz co jest charakterystyczne, co odróżnia Jezusa od współczesnego Kościoła - Jezus nie ekscytował się tłumami. Słowa, które wypowiedział patrząc na tych ludzi wcale nie wskazują na to, że był zachwycony: „ O nareszcie! Zostali czymś poruszeni, idzie za mną wielu ludzi. Jest świetnie!”
Zauważcie, co Jezus do tych tłumów mówił; nie wyciągnął do nich rąk i nie powiedział: „Kochani moi uczniowie dobrze, że jesteście. Świetnie, że jest was tak wielu, bardzo się z tego cieszę. Chodźcie wszyscy. Będzie fajnie, im nas więcej, tym lepiej.”
Jezus nie powiedział w ten sposób, dlatego, że – jak wskazuje Słowo, umiał rozpoznać zamysły ludzkich serc. Wiedział, co dzieje się we wnętrzach tych osób, które za nim idą. Tych, którzy stanowili tłum.
Tłum, to wiele jednostek. I każda z tych jednostek ma swoje wnętrze, ma swoje serce, a w każdym z tych serc coś się działo. Jezus wiedział wszystko, o każdym z nich. Potrafił ich przejrzeć. Znał ich wnętrza, ich serca i myśli. Dlatego wcale nie ekscytował go tłum, nie cieszył się wielką liczbą, samą liczbą, samym faktem, że wielu jest tych, którzy za Nim idą. Bo, Jezus wiedział jedno, ci ludzie nie są uczniami. Oni nie byli uczniami. Byli tłumem, który za Nim podążał, bo ich serca były czegoś spragnione. Ich serca oczekiwały demonstracji mocy - i istotnie widzieli tę moc - byli spragnieni uzdrowień, chcieli oglądać, jak demony wylatują z ludzi. Chcieli widzieć Boga w działaniu. Wielu współczesnych ludzi pragnie tego samego. Chcą widzieć działającą Bożą moc. Wielu chrześcijan, modlących się o przebudzenie, robi to dlatego, że chcą widzieć działającą Bożą moc, i nie w tym ma nic złego, jeżeli oprócz manifestacji mocy chcemy rzeczywiście, żyć z Bogiem. Jeżeli chcemy prawdziwie być uczniami Jezusa, a nie szukamy tylko rzeczy zewnętrznych. Te tłumy były spragnione demonstracji mocy, zewnętrznych przeżyć, otrzymywania błogosławieństwa, i wysłuchania nowej nauki. Nie można powiedzieć, że to są rzeczy złe, ale oni nie chcieli głębokiej, wewnętrznej przemiany. Nie chcieli aby ich życie zostało przemienione, rzeczywiście, do głębi dotknięte przez moc Ducha Świętego. Chcieli tylko tego, co zewnętrzne, a wielu ludzi we współczesnym kościele, żyje w dokładnie taki sam sposób. Są spragnieni demonstracji, zewnętrznych przeżyć, są bardzo spragnieni, otrzymywania błogosławieństwa. Nieustannie wyciągają ręce do Boga, po zlewające się Jego błogosławieństwo. Są gotowi przyjmować nowe nauki, cokolwiek ze sobą niosą, ważne, że są nowe, że przynoszą coś odkrywczego. Nie chcą wewnętrznej przemiany, chcą pozostawać dalej takimi ludźmi jakimi byli, dlatego tym łatwiej przyjmują każdą nową naukę, która nie niesie przesłania o pokucie, która nie niesie przesłania o krzyżu, która wiąże się z działającą zewnętrzną mocą, a nie mówi nic na temat tego co powinno dziać się w sercu człowieka.
Słuchałem wykładu brata Guńki na temat: „ Niebezpieczeństw czasów ostatecznych” i opowiadał tam o swojej rozmowie z jakimś bratem z zachodu, który przestrzegał go mówiąc: „ O, bracie, potężne zwiedzenie weszło do naszego kościoła. Uważajcie. Zostały wydrukowane takie dwie broszury Johna Ostena, mówiące o wyznawaniu – „ Moc twego wyznania” i „ Burzenie warowni”. Uważajcie, kiedy to pojawi się w Polsce”. Brat Guńka mówił tam, że ze smutkiem musiał powiedzieć: „ Niestety bracie. Spóźniłeś się. To już pojawiło się w Polsce. Ta fałszywa nauka, już tutaj się znalazła, i została przyjęta bardzo chętnie. Dlatego, że wiele mówi o wyznawaniu. Wiele mówi o tym, co możemy zdobyć wyznając, czy co możemy otrzymać bo nam się to należy, jeżeli to zrozumiemy i weźmiemy, w jakiś sposób wyrwiemy Bogu. Natomiast, niewiele mówi o pokucie, niewiele mówi o krzyżu, czy o uświęcaniu życia.” Dlatego chciałbym, aby każdy, dzisiaj zadał sobie pytanie - Dlaczego chodzę do kościoła? Dlaczego przychodzę do zboru? Czego szukam?
Czy szukam tego, czego szukali ci ludzie - zewnętrznych przeżyć, demonstracji mocy, otrzymania błogosławieństwa? Czy szukam wewnętrznej przemiany.
Jest wielu ludzi ,którzy są uważani są za przebudzeniowców, biegają wszędzie gdzie cokolwiek się dzieje. Gdziekolwiek jest jakaś konferencja, pojawi się jakiś nowy człowiek z jakąś nową nauką, bądź dzieją się jakieś zewnętrzne manifestacje Ducha Świętego, tam znajdują się ci ludzie i ekscytują się tym, że coś się wydarzyło - na tej konferencji padło 300 osób na tamtej 500, tam oprócz padania jeszcze zaczęli się turlać, ktoś zaczął gdakać jak kura. Coś się dzieje ciekawego. O, to Boża moc działa. Ja tam będę.
Oni nie chcą przemiany życia. Wracają, z każdej kolejnej konferencji i ciągle pozostają tacy sami. Oprócz tego, że zaczynają głosić nowe herezje, we wnętrzu pozostają tacy sami. Nie ma przemiany ich życia i tego samego oczekują od kościoła. Jako dobry kościół uznają ten, w którym dzieją się te zewnętrzne rzeczy, ale gdzie nie ma przemiany ludzkich serc. Dlatego zadaję dzisiaj to pytanie, Dlaczego chodzisz do kościoła? Czy chcesz przemiany swojego życia poprzez Boże Słowo? Czy chcesz przemiany swojego życia poprzez Ducha Świętego? Czy chcesz być coraz bliżej Jezusa, każdego dnia? Czy szukasz tylko zewnętrznych manifestacji?
Zadam jeszcze inne pytanie – Kim na prawdę jest dla ciebie Jezus? Każdy chrześcijanin, który otrzyma pytanie - Kim jest dla ciebie Jezus? Od razu odpowie – Panem i Zbawicielem! Zostało to wbite w nasze wnętrza, mamy to gdzieś w naszych umysłach, w naszych sercach. Możemy zostać obudzeni w środku nocy i ktokolwiek zada to pytanie jak z automatu otrzyma odpowiedź – Panem i Zbawicielem!
Ale kim naprawdę jest dla ciebie Jezus? Co oznacza to, że On jest Panem i Zbawicielem? Co oznacza to dla twojego życia? Jaka jest prawda?
Zna ją tylko Bóg i ty. Nikt, inny nie wie jak głęboka jest twoja relacja z Nim, i nikt, inny nie wie na ile On rzeczywiście jest twoim Panem, a na ile jest osobą przebywającą dość daleko i spełniającą dobre życzenia. Nawet nie powiem pobożne życzenia ale dobre życzenia. Panie teraz potrzebuję tego, teraz tamtego, tu mnie ochroń, tam ostrzeż, teraz mnie poprowadź, uzdrów i daj mi pieniądze. Potrzebuje dwudziestu pięciu rzeczy teraz, następnych czterdziestu za godzinę. To wszystko zlewaj na mnie, bo przecież jesteś moim Panem, a ja jestem w Twoim ręku. A skoro jestem w Twoim ręku, to wszystko mi się należy. A Jezus patrzy z Nieba i mówi – Nie jestem twoim Panem! Nie jestem twoim Panem! Nazywasz Mnie swoim Panem, ale nim nie jestem, bo gdybym nim był to twoje życie wyglądałoby inaczej.
Kolejne pytanie – Jak wiele jesteś w stanie poświęcić? Jak wiele jesteś gotów oddać Bogu kiedy czegoś od ciebie zażąda? Gdy powie, że masz gdzieś pójść, coś zrobić, powiedzieć słowo świadectwa, coś odrzucić w swoim życiu, lub masz czegoś się zaprzeć po to by nie zaprzeć się Jego.
Jak wiele jesteś w stanie poświęcić?
Bóg żąda wszystkiego; nie od razu, krok po kroku. Ale jak wiele jesteś w stanie Mu oddać?
W wielu kościołach jest głoszona łatwa ewangelia - łatwa nie dlatego, że jest łatwiej zrozumiała ale dlatego, że jest łatwiejsza do przyjęcia. Jest to ewangelia wypaczonej łaski, fałszywej łaski. Nie takiej o jakiej mówi Boże Słowo. Prawdziwa Boża łaska nie oznacza, że możemy przychodzić do Niego na swoich zasadach, ale łaską jest to, że w ogóle mamy prawo i przywilej przyjść do Boga. Jak bardzo łaska została wypaczona w oczach Kościoła. Jest to dzieło diabła po to aby okłamać ludzi wierzących, by ich zwieść, i utrzymać daleko od prawdziwej łaski. Kiedy Kościół myśli, że łaską jest to, mogę przyjść do Boga tak jak chcę. Nie mówię, że nie możemy przyjść do Boga takimi jakimi jesteśmy, bo możemy. Zawsze możemy przyjść do Niego takimi jakimi jesteśmy. Kiedy Bóg powoływał nas do życia z Sobą, wzywał nas jako grzeszników, którzy mieli dopiero dostąpić usprawiedliwienia. Kiedy teraz upadamy, przychodzimy do Niego również jako grzesznicy, wyznajemy grzech, potrzebujemy oczyszczenia i nie mówię tu o ewangelii uczynkowości, o tym że najpierw musimy dojść do jakiegoś poziomu aby mieć możliwość przyjścia przed Boga. To nie tak. Możemy przyjść tacy jacy jesteśmy, ale nie możemy przyjść w sposób jaki chcemy. Tylko i wyłącznie na Bożych zasadach. Taka jest Boża łaska – każdy może przyjść, ale musi przyjść zgodnie z tym czego Bóg od niego oczekuje.
Łatwa i tania ewangelia nie niesie poselstwa o krzyżu, o pokucie i upamiętaniu, nie niesie poselstwa o pokorze i o Bożej Świętości. Mówi – tylko przyjdź. Wyznaj Jezusa jako Zbawiciela i bierz co chcesz. Bóg ma dla ciebie wiele. Łatwa ewangelia roztacza przed człowiekiem obraz tych wszystkich błogosławieństw, które Bóg chce na niego zlać. Jest ona na tyle trudna do rozpoznania, że mówi o rzeczach, które On rzeczywiście ma dla Kościoła, i które chce mu dawać. Jednak ta ewangelia jest z gruntu fałszywa, ponieważ nie daje właściwego fundamentu, nie daje właściwego początku, nie przynosi pokuty i rozpoczęcia nowego życia z Bogiem.
- Wyznaj Jezusa jako Zbawiciela, i bierz. Bierz uzdrowienie, bierz błogosławieństwo, bierz wszystko, cokolwiek chcesz. To czyni z Boga taką trochę infantylną istotę, która w głupi sposób cieszy się, że ktoś w ogóle zachciał do Niego przyjść, że ktoś zrobił Mu tę łaskę, przychodząc i mówiąc – Panie. Teraz jesteś moim Panem, a Bóg patrzy na tego człowieka i mówi – O nareszcie zachciał przyjść. Jak fajnie! Teraz Ja będę mu dawał wszystko co mam.
Wyobraźcie sobie taka sytuacje, że ktoś powie do kogoś – Pójdźmy do jakiegoś człowieka, on jest tak spragniony tego, że przyjdziesz, że możesz mu dać byle co. A i tak będzie się cieszył jak dziecko i w zamian da ci wszystko co ma.
Gdybyśmy usłyszeli o takiej osobie, to co byśmy o nim pomyśleli. Takie zachowanie jest cecha charakterystyczną osoby niedorozwiniętej umysłowo. Coś jest z nią nie tak. Zatrzymał się na jakimś poziomie, ma trzydzieści lat a zachowuje się jak trzy latek, i ucieszył się bo przyszedłeś do niego i dałeś mu byle głupstwo – dziecko można zadowolić jakimś drobiazgiem nie mającym żadnego znaczenia – coś kosztuje 0.50 gr., jakiś nieistotny drobiazg. Przynosimy to dziecku i ono się cieszy autentyczną radością. Nie zna prawdziwej wartości tej rzeczy, ani nie wie, że to kosztowało nas tyle co nic. Cieszy się, że coś dostało, i okazuje tą radość w taki czy inny sposób. Ale jeżeli ktoś przyszedłby do mnie i przyniósłby mi taka samą rzecz i powiedziałby:
- Arku, mam dla ciebie prezencik. Kupiłem dla ciebie coś cennego i dałby mi to mówiąc (np. zabawkę z jajka niespodzianki), to jest naprawdę cenna rzecz. To musiałbym być głupi by się z tego ucieszyć, i musiałbym być jeszcze głupszy aby mu w zamian za to powiedzieć: - Ja tak się z tego cieszę, że mi to dałeś, że wiesz co, mam nadmiar pieniędzy w portfelu to ci teraz dam. Dam ci coś jeszcze. Będę twoim przyjacielem do końca życia. Bo przyniosłeś mi tą cenną rzecz. Co byście o mnie pomyśleli gdybym tak zareagował. Pewnie, że jestem chory, niedorozwinięty. Zatrzymałem się w rozwoju na poziomie trzy letniego dziecka.
Zauważcie, że ludzie w taki sam sposób podchodzą do Boga. Nie przychodzą oddając wszystko co mają, nie oddają tego co najcenniejsze. Przynoszą jakąś mało istotną rzecz i mówią: Boże popatrz przyniosłem. Weź sobie, i ciesz się z tego, że Ci dałem. No i teraz; przecież Ci dałem, jestem Twoim przyjacielem. Ty jesteś moim przyjacielem, więc zlewaj na mnie Twoje błogosławieństwo. Chcę brać, i brać, i brać. Dokładnie to, robi z Boga łatwa ewangelia, która mówi: - Przyjdź, wyznaj i bierz. I oczekuje, że Bóg odda w zamian wszystko co ma.
Kiedy Syn Boży umierał na krzyżu, to była najwyższa ofiara jaką mógł złożyć. Kiedy Ojciec patrzył z Nieba i widział Jego cierpienie to była najwyższa cena jaką mógł zapłacić za nasze zbawienie. Dlatego, ta ofiara, ofiara Jezusa jest bardzo drogocenna w Bożych oczach i dlatego zbawienie jest bezcennym darem. To nie znaczy, że musimy za nie zapłacić, to znaczy tylko , że nie możemy podchodzić w sposób lekki, do tego co przyjmujemy od Boga, bo On zapłacił za to najwyższą cenę.
Dlaczego jest głoszona ta tania ewangelia? Z powodu magii liczb, ona przynosi efekty i sprawia, że kościół wzrasta, a ławki się zapełniają. Ale przynosi to takie efekty jak leczenie psychotropami osoby opętanej. Przyniesie efekt? Przyniesie. Tyle, że nie wyrzuci demona, nie przyniesie prawdziwego uwolnienia, ale da jakiś efekt. Pewne objawy zostaną usunięte. Ktoś taki będzie trochę przytępiony i nie będzie zachowywał się tak jak poprzednio, wydaje się, że jest z nim w miarę dobrze. Dotychczas szalał, teraz przestał. Jest dobrze. Ale demon został i nic nie zmieniło się wewnątrz. Kiedy ktoś taki spotka się z działającą Bożą mocą, z Bożym sługą chodzącym w autorytecie Jezusa, demon zostanie usunięty. Przychodzi prawdziwe uwolnienie i wtedy można powiedzieć, że został osiągnięty cel, że dana osoba jest prawdziwie wolna, bo coś co było w jej wnętrzu, wyszło na zewnątrz, coś w jej wnętrzu się zmieniło. Leki działają tylko na system zewnętrzny, na element kontaktu ze światem i zakłócają ten kontakt powodując, to że wydaje się, że coś się zmieniło. Ale tak naprawdę nie doszło do przemiany. Kościoły głoszące tanią ewangelie są pełne ludzi, którzy wyglądają w duchowym wymiarze jak ci po psychotropach, którzy są w jakiś sposób częściowo dostosowani do otaczającej rzeczywistości, ale nie zostali tak naprawdę przemienieni. Dlaczego to jest głoszone? W przesiąkniętym światem kościele, liczy się sukces, a ponieważ nie da się zmierzyć głębi duchowych przeżyć, bo nie można przyłożyć do kogoś miernika i powiedzieć, że jest duchowy. Wysłuchał Słowa, dotknęło go do głębi i widać, że coś się zmienia. Mamy wyniki i porównujemy wyniki zborów, mamy pięć zborów i przykładamy duchowy miernik i wychodzi im plus piętnaście, plus trzydzieści i plus sto sześćdziesiąt. Świetnie, tamci są najbardziej duchowi. Niestety tego nie widać, więc jedyna porównywalna rzecz to liczba członków. Ilość członków stanowi, o namaszczeniu pastora, o tym czy jest tą właściwą osobą, na właściwym miejscu, sprawującą swoją służbę we właściwy sposób. Często gdy spotykam się innymi pastorami jednym z pierwszych pytań jest:
- Ilu macie członków w zboże?
- Szesnaście
- Uuuu!
Chyba, że trafię na kogoś z małego zboru. To taki, podbudowany mówi:
- O! My też, mamy tylu.
Ale ci z tych dużych patrzą i mówią:
- Coś nie tak z waszym życiem duchowym, bracia i siostry, bo jest was trochę za mało.
Liczba członków często przekłada się jeśli nie świadomie to podświadomie na namaszczenie pastora i na to co i w jaki sposób jest głoszone. A ponieważ w światowym kościele, pół światowi pastorzy chcą ze sobą rywalizować, więc trzeba coś zrobić by ta liczba się zwiększyła. Aby, niektórzy mogli mówić, że ich zbór jest największy jeśli nie w kraju lub województwie. Aby zyskać większą liczbę członków, wprowadza się różne sposoby, i metody pozyskiwania ludzi, a głoszone przesłanie dostosowuje się do ich oczekiwań. Wtedy istotną staje się nie głębia przeżycia, ani to co Duch Święty wykonuje wewnątrz człowieka, ale zewnętrzne przejawy, tego że coś się wydarzyło. Kiedy mówię o zewnętrznych przejawach, to mówię o statystykach mówiących o tym, że na naszych nabożeństwach w ciągu pół roku dwieście osób wyszło do przodu, trzysta podniosło rękę, że chce jakiegoś błogosławieństwa, a ileś tam przeżyło to czy tamto. To wszystko jest zapisane, zanotowane i porównywane z innymi. Jest mowa o zewnętrznych przejawach, a nie o prawdziwej przemianie. Człowiek słyszący łatwą ewangelie, nie przychodzi do Boga świadomy własnych grzechów, nie przychodzi do Boga czując na plecach płomienie piekielnego ognia i gotowy oddać wszystko by być od tego uratowany. Jeżeli grzesznik jest dotknięty mocą Ducha Świętego, i zdaje sobie sprawę ze swojej grzeszności oraz z Bożej świętości jest w stanie zapłacić każdą cenę. Jest w gotów oddać wszystko aby zyskać zbawienie, i uratować własne życie. Człowiek słuchający łatwej ewangelii, nie przekonany o grzechu, nie oddaje nic. On tylko przyjmuje. Zauważcie, co dzieje się gdy ludzie słyszą takie przesłanie. Oni nie oddają życia, oni nie poświęcają wszystkiego co mają, lecz przyjmują Jezusa jako Zbawiciela i przyjmują zlewające się Boże błogosławieństwo. Gdy ktoś jest przekonany przez Ducha Świętego o grzechu, nie zważa na koszty, jest wstanie poświęcić wszystko. To tak jak z tonącym okrętem. Jak okręt tonie i marynarze są świadomi, że muszą się pozbyć zbędnego ładunku po to by go uratować, to wtedy nikt nie patrzy czy to jest złoto, srebro czy zborze, które będzie potrzebne do przeżycia. Cokolwiek by to było, wszystko ląduje za burtą. Bo ważne jest by przeżyć; i dokładnie tak samo jest z grzesznikiem, który został przekonany przez Ducha Świętego że zdąża w stronę piekła. Te wszystkie rzeczy, które były kiedyś dla niego cenne jest gotów wyrzucić ze swojego życia, tylko po to by zostać uratowanym, bo czuje płomień piekła, bo czuje oddech diabła na swoich plecach, ale widzi też Boży ratunek. Przyjmujący łatwą ewangelię, zaprasza Jezusa na swoich ludzkich zasadach. Mówi: - To jest moje życie ( bo istotnie jest jego ), oddam tyle ile zechcę, a ty Boże zlej Swoje błogosławieństwo. I tego już nie mówi ale tak myśli: - Ciesz się z tego, że cokolwiek Tobie oddałem. Żądam wszystkiego co mi się należy. Bierze Boże Słowo i wyjmuje pięćdziesiąt obietnic – wszystkie oczywiście te pozytywne – staje przed Bogiem i mówi: - Panie Twe Słowo mówi to i tamto, i ty masz to na mnie teraz zlewać. Ja oczekuję. Nie przyjmuję do wiadomości, że to może nie przyjść. To musi się wydarzyć w moim życiu.
Jak wiele razy tacy ludzie wypowiadają słowo: „musisz”. –Musisz to dać. Musisz to zrobić. A Bóg mówi: - Ja nic nie muszę. Jestem suwerennym, niezależnym Bogiem. Nie muszę!
Wiecie co później robi człowiek, który przyjął łatwą ewangelię? Dostosowuje swoje życie do zewnętrznych form przyjętych w kościele. Nie został przemieniony przez Ducha Świętego, bo nie było działania Ducha Świętego. Nie pozbył się swoich grzechów przynosząc je pod krzyż, bo nie było mowy o krzyżu. Nie pokutował, bo nie było mowy o pokucie. No, ale widzi, że w kościele się nie upijają – nie mówię, że nie piją, ale się nie upijają – nie palą, więc to te dwie zewnętrzne rzeczy, których najpierw należało się pozbyć. Nie cudzołożą – no przynajmniej nie tak jawnie – więc tego, też trzeba było by się pozbyć. Obserwuje braci i siostry, widzi jak powinno wyglądać porządne chrześcijańskie życie, i dostosowuje swoje życie do tych chrześcijańskich norm. To nie jest Boże uwolnienie, to nie jest Boża przemiana. To jest dostosowanie się do pewnych norm. To nie ma nic wspólnego z Bożą mocą. Buddyści, też nie palą, nie pija, choć nie mają mocy Ducha Świętego. Wielu ludzi żyje w porządny sposób. Weźmy Świadków Jehowy, żyją bardzo porządnie. Dostosowywują swoje życie do norm panujących w kościele, nie mając mocy Ducha Świętego. Nie wierząc, że Duch Święty jest osobą. Nie przyjmując, że to jest Jego działanie, a jednak potrafią żyć porządnym życiem. Człowiek potrafi. Może za wyjątkiem osobników skrajnie opętanych, potrafi dostosować swoje życie do pewnych norm. Jeżeli uzna je za własne normy. A diabeł na to pójdzie, powie mu: - Dobra odpuszczę ci, możesz przestać palić. Byle byś został religijnym człowiekiem, będącym daleko od prawdziwego Jezusa. Kiedy dostosują swoje życie do tych norm, pozbędą się tych kilku głównych, najważniejszych grzechów, mówią: - Jesteśmy świeci. Jesteśmy sprawiedliwi. Idziemy do nieba.
Natomiast poruszony przez Ducha Świętego grzesznik, pokutuje. Prawdziwie pokutuje. Widzi swój stan, widzi swój grzech. Widzi brud swojego życia. Widzi Bożą Świętość. Wie, że z tym grzechem, który ma w sobie stojąc przed Bogiem zginie. Dlatego odrzuca ten grzech i żyjąc nowym świętym życiem, nie mówi, że to jest moje życie i oddam z niego Bogu tyle ile chce. Ale mówi moje życie, doprowadziło mnie w stan potępienia. Dlatego wyrzekam się go, i przyjmuje Twoje życie, nowe życie od Ciebie. Na Twoich zasadach Boże.
Kim jest chrześcijanin? Każdy wie – naśladowcą Chrystusa. Nazywamy się chrześcijanami bo jesteśmy naśladowcami Chrystusa. Żyjemy w chrześcijańskim kraju. Kraju naśladowców Chrystusa, którzy kradną, piją, cudzołożą, narkotyzują się i robią wiele innych złych rzeczy; będąc chrześcijanami. Ostatnio widziałem w telewizji chrześcijańskiego złodzieja. Policja zrobiła, prowokację podstawiając pod hipermarket samochód naszpikowany elektroniką, ,żeby wyłapać złodziei samochodów. Kiedy złodziej włamał się do tego samochodu i zaczął odjeżdżać, zaczął się pościg. I co zrobił ten chrześcijański złodziej? Przeżegnał się i modlił się, żeby udało mu się uciec. A chrześcijański policjant modlił się pewnie do innego świętego aby udało mu się złapać tego złodzieja. I tak dwaj święci rywalizowali komu się uda. Tak wygląda nasz chrześcijański kraj. Ale niestety tak wyglądają wiele razy również ewangeliczne kościoły. Tak wyglądają ci , którzy twierdza, że pośród tych niby chrześcijan oni rzeczywiście są naśladowcami Jezusa. Bo przestali robić tych kilka najgorszych rzeczy, które znalazły się w ich życiu.
Kościół otrzymał zadanie czynienia ludzi uczniami Jezusa. Wiemy o tym. Każdy z nas zdaje sobie sprawę, że jest to zadaniem Kościoła. Nie mamy produkować nie wiadomo czego ale uczniów Jezusa. Co oznacza pojęcie uczeń?
W powojennej Europie słowo to straciło na znaczeniu. Kim jest uczeń. Uczeń chodzi do szkoły. W dodatku chodzi bo musi. Szkoła nie jest przywilejem ale obowiązkiem – przynajmniej w pewnym wieku; (potem czasem dochodzi się do tego, że jest przywilejem, ale w wielu przypadkach dochodzi się do tego za późno.) Ale w tym wieku kiedy się musi chodzić do szkoły to właśnie chodzi się dla tego, że jest ten tzw. obowiązek szkolny. W niektórych krajach uczeń nie dostaje niczego na zadanie bo nie może dostawać, żeby się nie przeciążał zbytnio nauką. Nauczyć się ma w szkole, a nauczyciel ma być tak dobry, żeby pomimo jego oporu i tak w jakiś sposób go nauczył. A poza szkołą posiada swoje całkiem prywatne życie, w które szkoła nie ma prawa wnikać, chyba, że zobaczy jakąś patologię w rodzinie, to w tedy ma jakieś prawo zadziałać. Natomiast tak normalnie nikogo nie obchodzi to czy ten uczeń po szkole idzie grać w gry komputerowe do jakiegoś salonu. Czy siedzi przed swoim komputerem osiem godzin. Idzie do kościoła, czy z psem na spacer. Nikogo to nie interesuje. Ponieważ uczniem jest w szkole, i szkoła odpowiada za niego w tym czasie, w którym się w niej znajduje. My również jako chrześcijanie mamy taki obraz ucznia, w naszych sercach. Uczeń jako ktoś chodzący do szkoły. Natomiast w tamtych czasach, i nie tylko w tamtych, bo jeszcze dwieście lat temu było dokładnie tak samo. Zostając czyimś uczniem przechodziło się z całym swoim życiem, pod autorytet tego, który był nauczycielem. Jak ktoś szedł się uczyć by zostać kowalem, to go rodzice oddawali kowalowi, siedział tam i się uczył. Na początku miał niewiele z kowalstwem do czynienia, ale tam był. Potem mijały lata, mógł robić coraz więcej. Ale nie było tak, że mówił szefowi: - Szefie ja teraz wyskakuję. Jest czternasta muszę lecieć umówiłem się z dziewczyną. Był we władzy tego, któremu został przekazany. Ta władza wielokrotnie była nadużywana, a te osoby były wykorzystywane. Ale teraz będę mówił o takim pozytywnym nauczycielu.
Biblijne szkoły prorockie - ktoś szedł do tej szkoły, i pozostawał tam. Nie wychodził ciągle tam i z powrotem ale pozostawał tam z tym prorokiem, chodził z nim. Uczył się od niego. Był z nim cały czas. O takim uczniowstwie mówił Jezus, i takie uczniowstwo znali ci ludzie. Ten typ uczniostwa znały te tłumy, które za Nim szły, i do których Jezus wypowiedział słowa o kosztach. Oni rozumieli uczniowstwo o wiele głębiej niż my je rozumiemy, a i tak Jezus do nich powiedział: - Jeśli ktoś nie ma w nienawiści ojca swego i matki, i żony, i dzieci, i braci, i sióstr, a nawet i życia swego, nie może być uczniem moim.
To jest niesamowite. Ludzie, którzy wiedzieli, że jeżeli ktoś zostaje uczniem, to zostawia rzeczy najważniejsze. Jezus wymienia najbliższą rodzinę, i wymienia życie.
Jeżeli ktoś fałszywie interpretuje ten wiersz, mówiąc, że ma porzucić swoją żonę, to powinien pójść dalej i zinterpretować go tak, że ma popełnić samobójstwo. Bo Słowo mówi, również o nienawiści do życia. Wiadomo, że była by to totalna herezja. Dlatego, Słowo to nie mówi o porzucaniu rodziny, ale odsunięci jej na drugi plan. Na pierwszym zawsze musi być Jezus. Wszystko co się kochało co było cenne, cokolwiek to oznacza w twoim życiu, musi znaleźć się na drugim planie, A na pierwszym Jezus. Dalej: „Kto nie dźwiga krzyża swojego, a idzie za mną, nie może być uczniem moim.” Zapieranie się samego siebie, każdego dnia. Mamy nosić nawzajem swoje brzemiona, i w tym możemy sobie pomagać, ale krzyż każdy musi nieś swój. Ja nie mogę nieś krzyża nikogo innego, ani nikt nie może nieść mojego. Każdy musi nieść swój, a kto go nie niesie, nie jest uczniem Jezusa. Cokolwiek o sobie myśli, cokolwiek o sobie mówi. To takie świadectwo wydaje mu Boże Słowo. Ten krzyż to zapieranie się samego siebie, każdego dnia. To nie jest jednorazowy akt, ale stała ofiara jaką składamy Bogu w naszym życiu. Słowo mówi, żebyśmy składali nasze ciała jako ofiarę, żywą, świętą miłą Bogu, bo taka powinna być nasza duchowa służba. To jest niesienie krzyża, każdego dnia. Niesienie – zauważcie Jezus mówi tutaj o dźwiganiu, krzyża a nie o wiszeniu na krzyżu. Dźwiganie jest związane z wysiłkiem, który trzeba włożyć do tego, aby Bogu służyć. Aby wypełniać Jego wolę, i zapierać się samego siebie, wypełniając Jego oczekiwania. Boże Słowo mówi, że Jezus zaparł się samego siebie, że będąc Bogiem stał się człowiekiem. Będąc człowiekiem przyjął postać sługi, a nie jakiegoś wywyższonego człowieka. Naśladowanie go wymaga wyrzeczeń. Jeżeli mówimy, że Go naśladujemy, że za Nim idziemy to potrzebujemy pozbyć się tego wszystkiego co dla nas miłe, cenne, co kochaliśmy, tak jak On pozostawił Niebo aby zejść na ziemię, przyjąć postać sługi, i być posłusznym Ojcu aż do śmierci na krzyżu. Niektórzy mówią: - Będę robił tylko to co lubię. Bóg mnie zna, włożył we mnie jakieś tam dążenia, pragnienia i będę robił tylko to, bo Bóg chce abym się samorealizował. Biblia nigdzie nie mówi o samorealizacji, o tym, że Bóg chce abyśmy się samorealizowali, natomiast wiele mówi o tym, że On chce abyśmy realizowali Jego wolę w naszym życiu. To jest to czego On od nas oczekuje.
Filipian 2.12-13. „...z bojaźnią i że drżeniem zbawienie swoje sprawujcie. Albowiem Bóg to według upodobania sprawia w was i chcenie i wykonanie.” Jeżeli żyjesz w Bożej bojaźni, jeżeli żyjesz w drżeniu wobec Jego świętości i wobec Jego wielkości, to On sprawi w tobie chcenie i wykonanie. Jeżeli nie będzie w tobie bojaźni Bożej, to nie będzie chcenia działania dla Niego, ale będzie chcenie życia byle jakim bezbożnym, cielesnym życiem. To będzie chcenie zaspokajania swoich własnych pożądliwości i życia według tego co narzuci ci świat. Jeżeli żyjesz w Bożej bojaźni, to On wlewa w twoje serce, w twoje wnętrze chcenie i daje ci moc do tego byś to wykonał.
Niestety o wielu kościołach, można powiedzieć, że nie ma bojaźni Bożej na tym miejscu. A jeżeli można to powiedzieć o kościołach to można powiedzieć to o wierzących. Nie ma bojaźni Bożej w ich sercach, a jeśli nie ma bojaźni Bożej, to nie ma chcenia. Kiedy nie ma chcenia, nie ma wykonania i Kościół jest sparaliżowany, i nie wychodzi ze świadectwem. Kościół nie ma mocy, nie podporządkowuje się Bożej woli, a kiedy tego wszystkiego nie ma, musi szukać sposobów i metod aby zwiększać liczbę członków, bo przecież chce się porównywać z innymi kościołami.
Dlatego do przychodzących tłumów Jezus mówił o kosztach. Jezus mówił o cenie uczniostwa. Czy słyszałeś o kosztach, czy słyszałaś o cenie, zaczynając swoją drogę z Bogiem? Czy kiedy była ci głoszona Ewangelia to usłyszałeś, jej pełną wersję. Ostatnio ktoś wyznawał, że przyjął kiedyś fałszywą ewangelie i żył w tej fałszywej ewangelii przez wiele lat, dopóki Bóg mu nie objawił, że to nie ta droga.
Czy słyszałeś o cenie zaczynając drogę z Nim? A jeżeli tak, to czy nadal chcesz ją płacić? Wielu słyszało i było zapalonych na początku – Tak Panie dla Ciebie wszystko! A potem mijają lata, długie lata, i ten zapał gdzieś mija. Zaczyna się rozmywać i ktoś kto na początku był uczniem teraz może być gdzieś daleko od uczniostwa i od tego czego Jezus od niego oczekuje.
Czy mówisz o tej cenie gdy głosisz Ewangelię? Czy ludzie o niej słyszą? Czy wiedzą do czego zmierzają? Czy wiedzą za czym idą rozpoczynając swoją drogę z Bogiem?
„ Tak więc każdy z was, który się nie wyrzeknie wszystkiego, co ma, nie może być uczniem moim.” To słowo jest samo w sobie wystarczająco moce, więc nie będę go komentował. Powtórzę go jeszcze raz: Tak więc każdy z was, który się nie wyrzeknie wszystkiego, co ma, nie może być uczniem moim.
Dalej Jezus mówi: „Dobrą rzeczą jest sól; jeśli jednak sól zwietrzeje, czym ją przyprawić? Nie nadaje się ani do ziemi, ani do nawozu; precz ją wyrzucają.”
Gdzie indziej mówi, że my jesteśmy solą ziemi. Można dobrze zacząć ale gdzieś po drodze to zatracić. Zwietrzała sól, sól wystawiona na działanie powietrza; inaczej w duchowym wymiarze wystawiona na działanie świata, który doprowadza do tego, że ona przestaje być słona. Nie spełnia swej roli, zostaje wyrzucona. Ale dla Boga, Boga łaski i miłosierdzia nie jest rzeczą niemożliwą aby nawet sól, która była zwietrzała, stała się na nowo dobrą solą.
Ja byłem zwietrzałą solą, i każdy człowiek by mnie wyrzucił. Ale Bóg mnie na nowo uczynił słonym. Dzięki Jego łasce, dzięki działaniu Jego Słowa, dzięki działaniu Jego Ducha. Dlatego dopóki jesteśmy tutaj, dopóki nie przyszło pochwycenie, dopóki jest czas łaski, nigdy nie jest za późno, aby na nowo - jeśli to ktoś zatracił - stać się taką solą jaką Bóg chce abyśmy byli. Jest czas aby ktoś, kto kiedyś przyjął niepełną ewangelię, a widzi teraz różnicę pomiędzy tym co mówi Boże Słowo, a tym co usłyszał kiedyś odnowił swoje przymierze z Bogiem, na Bożych zasadach. On chce abyśmy żyli. On chce abyśmy byli Jego uczniami. Abyśmy służyli Mu i wypełniali Jego wolę. Niosąc swój krzyż, każdego dnia.
Jemu niech będzie chwała za Jego łaskę. Za Jego wielkie miłosierdzie. Chciałbym aby, każdy z nas przyłożył to Słowo do swojego życia, i zobaczył czy jest uczniem. Do tego powołał nas Jezus. Amen.
Źródło: www.arka.cieszyn.pl. Artykuł zamieszczony za zgodą artora.
|